Stolyczańskie klymaty, nie…
W końcu jest mi dane coś na ten temat napisać.. na temat wizyty w mieście, w którym piwo kosztuje tyle co dwa piwa w innych, a szukanie monopola może skończyć się albo niezłym nocnym spacerem, albo dostaniem w ryj… (niebezpieczeństwa tego drugiego nie niweluje fakt, że poruszasz się w kilkunastoosobowej grupie, bo stolyca to miasto, w którym każdym radzi sobie sam, prawda szczurku?
więc nie pytaj tylko szukaj.. narademno prawie
).
No ale jak już prawie opowiedziałem historię do końca to teraz wypadało by zacząć od początku: Do Warszawy pojechaly-my w celu wykonania zdjęć Spyszewskim – taki plenerek poślubny i odebrania kilku rzeczy z siedziby Agory… tak, tak.. tych od ‘i-czasopisma’
Podróż mijała spokojnie, monotonnie.. ja sobie wertowałem strony książki Scotta Kelby’ego, a Ewelina wcinała misie Haribo (dobra, ja też wcinałem).. aż tu nagle.. nie wiadomo skąd.. babcia siedząca naprzeciwko zaczyna gadać do pana po prawej, że ma ‘dobrą twarz’ itd., a to wszystko tylko aby zmiękczyć przeciwka, bo chwile potem poleciały już konkretne kule armatnie: a to, że gdzieś tam w Przymiechach Środkowych ma być wielka woda w lipcu, bo jakiś typek w szklanej kuli wyczytał i tak w Gwiazdach pisali, a to, że jacyś bandyci pozamykali wszystkie te cudowne zakłady włókiennicze. A to, że VAT (o zgrozo!) wynosi ok. 80% na produkcie – tak, to ‘zero’ tam jest zamierzone

Gościu bronił się dzielnie i odpierał każdy argument babci, i najlepsze jest to, że używał naprawdę dobrych argumentów – w skrócie – oczytany i wykształcony facet z niego był – okazało się, że to inżynier który autostrady nawet w Afryce w latach 80′-tych budował.
Jak my dojechali to po rozlokowaniu się w mieszkaniu Ani i Mateusza pojechaliśmy na krótki plener wieczorny – była jakaś 22 więc postaliśmy sobie w korkach


Mieliśmy też przyjemność posłuchania syrenki spuszczającej wodę… takie dzwięki właśnie wydobywają się z rzeźby syrenki na starówce – innej funkcjonalności fotnanna nie posiada. Aaa… przepraszam, posiada.. pod kaniemiem są jakieś światełka przez co całość mieni się jak jakaś kiczowata karuzela tudzież obrazuje to wizualizację ilumiancji podwozi aut w nowej części 2 fast 2 stupid czy jakoś tak. Podobna sytuacja z barbakanem i innymi zabytkami – żenada.

Po powrocie na Bemowo przepyszne drinki, o których zapomnieć nie można.. trochę snu, a z rana druga część pleneru, w Łazienkach tym razem. Przy okazji odbyła się sesja typa, który się nie chciał przedstawić, ale to pewnie dlatego, że był pawiem – ustawiał się wdzięcznie do zdjęć gdy tylko słyszał dźwięk migawki
Jak zobaczyłem jednego na fajnej łączce kwiatków i podszedłem z aparatem to jakaś pani z mniejszą lustrzanką: ojj, pan tu pewnie pracuje.. to ja się odsunę – nie wiem skąd te wnioski



Popołudnie spędzone pod znakiem fotografii, a jakże.. tylko tym razem związanej z moim małym… ten tego… słowa mi zabrakło…

…o właśnie: sukcesem


Oczywiście Ewelina robiła także watermark jest jak najbardziej kłamliwy
( nie pytajcie czemu Ewelina chciała zrobić emo-minę:) )
Po całej gali i pompatyczności udaliśmy się do hostelu gdzie rozpoczęły się przygotwania do wyjścia do jednego z klubów warszawskich.. do klubu wyszliśmy, a i owszem… ale po usłyszeniu cen zrezygnowaliśmy i wraz z dużą ekipą poszliśmy szukać monopola.. niestety jego lokalizacji nie znali ani taksówkarze, ani pijane dresy, ani zwykli studencki których spotkaliśmy tego wieczoru, ale udało się.. po ponad godzinie
Gdy wróciliśmy do hostelu aby spożyć zakupione płyny okazało się, że pan z recepcji również robi zdjęcia i generalnie spoko z niego człowiek.. przegadaliśmy pół nocy w przerwach robiąc zdjęcia z lampą studyjną, parasolką, blendą itd – faaaajnie było



PS. Jak chcesz rozśmieszyć stolycańczyka to nazwij osobę która pomaga Ci modyfikować światło za pomocą blendy: Człowiek-blenda ..w naszych okolicznościach podziałało świetnie i niektórzy nie mogli się uspokoić… dziwne te ludzie… przecież to znane określenie, ale nie ważne… robiło się jasno i trzeba było iść spać bo rano szybkie śniadanko i na pekap do wro gdzie monopoli ci pod dostatkiem

No i tradycyjnie więcej tu -> KLIKEN (tylko klikać po warszawsku, czyli z odpowiednią dawką lansu i co-to-nie-ja-kowości)
2 Responses to “Stolyczańskie klymaty, nie…”
ech… miałam skomentować Twoją wizytę w stolicy, przepraszam, stolYcy… ale… boję się, że czytelnicy uznają, że próbuję się lansować, albo pokazać „co to nie ja”…
no w końcu mieszkam i zamierzam jeszcze długo mieszkać w Warszawie… w każdym razie smutno, że musiałeś się tak męczyć tutaj, szkoda, że Warszawa, nie potrafiła sprostać Twoim oczekiwaniom, ale dobrze, że to tylko weekend… i powrót do wspaniałego Wrocławia
no i zawsze będzie co wspominać 
pozdrawiam i życzę dużo udanych sesji (oczywiście nie w stolycy, bo to z gruntu nie może się udać…)
Ależ duża dawka ironii
Ja wiem, że warszawe da się lubić.. ale jakoś teraz nie było mi to dane
Leave a Reply